Powrót do strony głównej

CIĄGNIE MNIE NA 300m

 

 

Z nurkiem Grzegorzem "BANANEM" DOMINIKIEM rozmawia Agnieszka SADOWSKA

Co mogło być tak fascynującego w Bolku i Lolku, że dzięki tej bajce zacząłeś nurkować?

 - Chęć nurkowania była we mnie od urodzenia. Ale można powiedzieć, że uświadomiłem ją sobie właśnie dzięki bajce. Był taki odcinek, kiedy Bolek i Lolek nurkują. Mieli fajkę i przez nią oddychali pod wodą. Pamiętam fajne ujęcie, w którym jednocześnie było widać co robią pod wodą i co w tym czasie dzieje się na powierzchni. Utkwiło mi to w pamięci i potem wróciło, kiedy przeprowadziłem się z Wieliczki do Warszawy. To były lata osiemdziesiąte, po szkole na ursynowskim blokowisku nie było co robić, zwłaszcza, że czasy były nieciekawe. Wtedy przypomniałem sobie o marzeniach z dzieciństwa, nauczyłem się dobrze pływać, skończyłem kurs ratowników wodnych, potem kurs nurkowania. Nie przeszkodziło mi nawet to, że był dozwolony od szesnastego roku życia, a ja miałem wtedy 14 lat.

Co innego wcześnie zrobić kurs, a co innego zejść pod wodę na 200 metrów. Co cię tam ciągnie? Może to chęć udowodnienia czegoś komuś lub sobie?

- Nigdy niczego nie robiłem dla wyniku. Oprócz tego jednego razu, kiedy zdecydowałem się zejść na 200 metrów. Wtedy poszedłem właśnie po to, by sprawdzić siebie, zobaczyć czy dam radę. Wszystkie poprzednie nurkowania miały jakiś cel, jakiś powód, na przykład głęboko leżący wrak. Nie miałem konkurencji w Polsce więc nigdy nie myślałem o tym, że muszę zanurkować na jakąś głębokość, by komuś coś udowodnić. To teraz mnie ludzie próbują udowodnić, że są lepsi.

Brałeś pod uwagę możliwość, że możesz nie wrócić?

- Tak. Choć z drugiej strony nikt, także ja, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to może być aż tak niebezpieczne. Michał Porada i Adam Harbuz z tej wyprawy nie wrócili. Ta tragedia w pewnym sensie otworzyła mi oczy, pokazała, że jest to balansowanie na bardzo cienkiej krawędzi.

A czy na głębokości 200 metrów coś widać?

- Nawet gdyby były piękne widoki, to nie ma czasu żeby je podziwiać. Zresztą tam się schodzi w konkretnym celu. Człowiek jest tak skoncentrowany na tym co ma zrobić, że na nic nie zwraca uwagi. W końcu balansuje się na granicy życia. A jednak na tych 200 metrach jeszcze widziałem kontury, dostrzegłem po sobą zwisającą końcówkę liny. Przez chwilę zastanawiałem się czy tam nie zejść, skoro jestem już tak blisko.

Chciałbyś zejść niżej? Pobić swój własny rekord?

- Za długo już nurkuję żeby nie zdawać sobie sprawy czym to pachnie. Znałem ludzi, którzy się ze mną ścigali. Już nie żyją. Czy zejdę niżej? Nie wiem. Ale przyznaję, że mnie ciągnie i to bardzo. Myślę o 300 metrach. Są ludzie, którym to się udało.

Masz ludzi, których szkolisz? Którzy kiedyś, jako twoi wychowankowie, bić będą kolejne rekordy?

- Mam i ciągle im powtarzam, żeby nie robili niczego za moimi plecami. Że jeśli coś planują, niech przyjdą i powiedzą, ja im pomogę. Nawet jeśli chcą być lepsi ode mnie. Bo przecież w pewnym sensie to będzie także mój sukces. Na pewno nie będę walczył z tym, że ktoś jest lepszy ode mnie. Prywatnie lubię tych ludzi, nie chcę żeby coś sobie zrobili. Oczywiście nie daję gwarancji, że jeśli trenują ze mną to przeżyją, ale na pewno mają większe szanse. I rzeczywiście jest szansa, że będą bić rekordy. Wielu ma świetne predyspozycje, no i są młodsi ode mnie.

Wiek ma znaczenie?

- Dla mnie zaczyna już mieć. W pewnym momencie organizm biologicznie się zmienia. Ale jest coś, co mnie cieszy. Obecni rekordziści świata swoje najlepsze wyniki zrobili po przekroczeniu czterdziestki. Wygląda więc na to, że mam jeszcze szansę.

Wiesz już co ma być tym kolejnym celem?

- Na razie nie i to jest okropne. Strasznie ciężko z tym żyć. Ale to jest właśnie mój problem, że wszystko zrobiłem za wcześnie. Marzyłem żeby zejść na 200 metrów, marzyłem, żeby znaleźć wrak Goi. Zrobiłem to i teraz nie wiem co ze sobą zrobić, to mi przeszkadza. Zawsze kiedy osiągniesz cel, chcesz mieć kolejny.

Czujesz presję, że po tych sukcesach musisz zrobić coś jeszcze większego i lepszego?

- Już nie. Choć kiedyś tak było. Ja nie zabiegam o rozgłos i sławę. Goye na przykład znalazłem rok wcześniej niż dowiedziały się o tym media. Zrobiłem to dla siebie, nie miałem potrzeby rozgłaszania tego, ale w końcu ta informacja przedostała się do szerszego grona i zrobił się szum. Podobnie było z wyjazdem na bicie rekordu dwustu metrów. Ktoś się wygadał i zaczęło się. Cała Polska zaczęła się zakładać czy nam się uda, kto z tej wyprawy wróci, a kto nie. Wtedy czuliśmy ogromną presję. Wytworzyła się taka sytuacja, że nie wypadało wrócić bez rekordu. Głupio się było wycofać.

Ty wróciłeś, dwóch twoich partnerów nie. Zestarzejesz się normalnie, czy zginiesz podczas kolejnego bicia rekordu?

- Staram się o tym nie myśleć. Ale dokładnie pamiętam słowa Muhammeda ALI, który kiedyś stwierdził, że nie jest ważne to, że ma chorobę Parkinsona, ale to jak przeżył te swoje 40 lat. Lepiej chyba umrzeć wcześniej, ale przeżyć coś wielkiego, niż żyć długo, ale byle jak.

WARTO WIEDZIEĆ

Grzegorz ”BANAN” DOMINIK, ur. 7 sierpnia 64 r. w Krakowie. Z wykształcenia technik mechanik pojazdów samochodowych. Nurkowanie traktuje jako sposób na życie. Jego hobby to motoryzacja oraz samoloty. Ma na koncie około tysiąca nurkowań. Jego najgłębsze zejście pod wodę to 208 m, wynik jest rekordem Polski. Odkrywca wielu wraków m.in. słynnej "GOI". Żonaty, ojciec dwójki dzieci.